Z ostatniego wpisu wiecie, że od kilku dni towarzyszył nam deszcz. To właśnie pod Brukselą dotarły do nas bardzo smutne informacje o nagłej zmianie pogody w całej Europie i tragicznych w skutkach powodziach w wielu krajach 🙁 A skoro już staliśmy w grzęzawisku, to wieczór po przyjeździe na Camping Druivenland spędziliśmy na przymusowych modyfikacjach planów.

Na szczęście zakupy z wycieczki na francuską stronę pozwoliły nam skutecznie umilić te chwile. Teraz już wszystko zależało od pogody, bo zwiedzanie z półrocznym dzieckiem w deszczu nie należy do rozsądnych. Ponadto dramatycznie spadła nam temperatura, kolejny poranek przywitał nas 5’C co (w akompaniamencie deszczu i wiatru) nie wróżyło nic dobrego – przypomnijmy, że jeszcze tydzień temu mieliśmy powyżej 30’C w cieniu…

To miejsce było jednym z najmniej przyjemnych do noclegu (pomijając kwestie pogody). Wszystkie wydzielone parcele są zajęte przez „stacjonarki” i landhausy, więc dla przyjezdnych pozostaje tylko ogromne, gliniaste, grząskie i nierówne pole, z którego swoją drogą ledwo wyjechaliśmy solówką.

Często sobie powtarzamy, że „nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór”, więc przygotowaliśmy się na każdą ewentualność i ruszyliśmy na podbój Brukseli. Pierwszym przystankiem było Atomium, bo Ania w trakcie swojego ostatniego pobytu w stolicy Belgii tu nie dotarła.

Niestety jak widzicie, to były ostatnie chwile dobrej pogody tego dnia, więc spacer po starówce był dość krótki i pełen przymusowych przystanków, które wykorzystaliśmy na kulinarne frykasy – fryty, czekoladę, no i oczywiście czas na degustację złocistych napojów też się znalazł 😉

Pogoda skutecznie wygoniła nas w dalszą podróż, więc po porannych perypetiach z wyjazdem z „kempingu” (co bardziej przypominało podrzędne pole namiotowe), popędziliśmy dalej na południe. Szczęśliwie trafiliśmy na fantastyczne okno pogodowe jak tylko dojechaliśmy do Dinant.

Zgodnie ze wskazówkami od „wujka google” zaparkowaliśmy na górze, zwiedziliśmy fantastyczną cytadelę, do miasteczka zjechaliśmy kolejką linową, a tam czekała na nas zapierająca dech w piersiach kolegiata wkuta w skałę. Ta miejscowość to jedno z najfajniejszych odkryć naszego urlopu.

Kilka godzin później, pięknym zachodem słońca na Camping Krounebierg, przywitał nas Luksemburg. Kolejnego dnia od rana było dość rześko, ale słoneczko zachęcało do zwiedzania, więc wykorzystaliśmy ten czas na spacery po stolicy.

Luksemburg (miasto) można śmiało nazwać piętrowym, więc w trakcie zwiedzania nieustająco gdzieś wchodziliśmy, schodziliśmy, ale dzięki temu panorama z wielu miejsc jest wspaniała.

Państwo Luksemburg słynie również z wielu zamków, więc również ruiny jednego – Beaufort – z przyjemnością odwiedziliśmy. Niestety pogoda znów spłatała nam figla, ochłodziło się i zaczęło znów padać (na zdjęciu udało nam się uchwycić ostatni moment dobrej pogody).

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – to powiedzenie tym razem też się sprawdziło. Szukając schronienia przed deszczem trafiliśmy do tak niecodziennej restauracji (i tu przepraszamy, bo ani nazwy ani miejsca nie pamiętamy).

Skoro deszcz nas dogonił, to lecimy dalej licząc na trochę promieni słońca! Kolejnym przystankiem było Schengen. Plan zakładał odwiedzenie Muzeum Historii Europy, ale niestety było akurat w remoncie.

Ten dzień stał pod znakiem właśnie swobodnego przekraczania granic. Dzisiejsza trasa to Luksemburg->Niemcy->Luksemburg->Niemcy->Francja 🙂 a na dowód tego uwieczniliśmy jeden z Europejskich trójstyków granic.

Skoro już zdradziliśmy kraj docelowy, to przyznamy, że na kolejną noc (przejazdowo) zatrzymaliśmy się na Camping Les Vosges du Nord. Po kilku chwilach na campingu już żałowaliśmy, że rano wyjazd.

Warto zaznaczyć, że to jeden z campingów sieci Seasonova. Kiedy będziemy wracali do Francji na dłużej, na pewno skorzystamy z pozostałych ośrodków! Tu bardzo nam się podobało, parcele z żywopłotem dawały poczucie intymności, a kempingowa restauracja, prowadzona przez starszą parę, dała nam poczuć klimat francuskich lokalnych knajpek.

Po całym dniu spędzonym w samochodzie, wieczorem zameldowaliśmy się już nad Jeziorem Bodeńskim. Korzystaliśmy z każdej chwili bez deszczu, stąd tyle szczęścia płynie z tego zdjęcia. Dodatkowo tym razem spełnialiśmy marzenie Adasia, który wielokrotnie przejeżdżał niedaleko, ale nigdy nie miał możliwości zatrzymać się w okolicy.

Camping Willam to nasza miejscówka na kolejne parę dni, a prognozy były dość optymistyczne, więc znów mogliśmy się w pełni „rozłożyć”. Miejscówka należy to tych typowych wielkich niemieckich miasteczek kempingowych pełnych emerytów niezależnie od pory roku. Rozpoczyna się druga połowa września, a my stanęliśmy na jednej z ostatnich wolnych parceli (a jest ich grubo ponad 400)!

Kempingowa restauracja do super wykwintnych nie należała, ale sznycel i Paulaner były dostępne, więc kubki smakowe zostały w pełni zaspokojone. Od początku planowaliśmy spędzić tu dłuższy okres mocniej wypoczynkowo, więc zdjęć jest mało z tak pięknej okolicy, bo głównie się relaksowaliśmy.

Oczywiście „leżenie plackiem” to nie w naszym stylu, więc chociażby odwiedziliśmy Konstancję, gdzie na chwilkę zajrzeliśmy na Szwajcarską stronę, żeby Hubaś miał na swoim „koncie” kolejne państwo.

Wybraliśmy się też na wycieczkę samochodową brzegiem jeziora, zaglądając do poszczególnych miasteczek. Widok na tzw. obersee na prawdę przypomina ujście z zatoki do morza… może zdjęcie tego nie oddaje, ale na żywo robi to wrażenie. Jak widać, nad Bodeńskim aż tak deszczowo nie było, ale niestety ogólnie patrząc temperatura nie zachęcała do spędzania czasu na zewnątrz.

Stąd decyzja, żeby chwilę wcześniej ruszyć w kierunku kolejnego „must see” tego wyjazdu. Zatrzymaliśmy się na fajnym camperparku Wohnmobilplatz SportStudio, który akurat znaleźliśmy przez apkę park4night, którą również posiłkowaliśmy się na wyjeździe szukając fajnych i bezpiecznych miejscówek na zatrzymanie zestawem gdy chcieliśmy coś zjeść w trasie czy dać Młodemu odpocząć. Oprócz standardu camperparków, tu mamy do dyspozycji całe zaplecze sanitarne!

Zatrzymaliśmy się tu tylko z jednego powodu – Zamku Neuschwanstein ! To chyba najbardziej znany na świecie obiekt tego typu i nic dziwnego, że takie tłumy tu przyjeżdżają. To już pewne, wrócimy tu na pewno jak Hubasiek będzie już większy i wtedy na pewno zwiedzimy go od środka.

Jak widać, po tylu dniach zimna i deszczu, trafiliśmy idealnie z pogodą na takie zwiedzanie! Po tak fajnym dniu mocno poniosła nas fantazja… Nasza karawaningowa ekipa w nadchodzący weekend wybierała się na doroczne „grzybobranie” do Mirka i Grażynki (pozdrawiamy!), a tylko nas miało tam zabraknąć. Nie mogliśmy na to pozwolić!

Przelot 650 km zestawem, w ciągu jednego dnia, uwzględniając przerwy dla naszego malucha, to nie lada wyzwanie, co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Właśnie dlatego kolejnego wieczora byliśmy już w PL! Dzięki uprzejmości pracowników Noclegi Stop and Sleep Zgorzelec, tę noc spędziliśmy spokojnie na bezpiecznym parkingu i to całkowicie za darmo! Świtem musieliśmy ruszyć w kolejny przelot – aż pod Mińsk Mazowiecki, czyli następne prawie 550 km.

Cała nasza Ekipa znowu razem! Nie było z nami tylko Pszczółek, ale za to Rudnisie zrobili wszystkim niespodziankę i też dojechali (Piotrek specjalnie ściągał przyczepę z Alexy!!!) – to jest PRZYJAŹŃ!
Tym sposobem dobrnęliśmy do szczęśliwego końca naszego EuroTrip’u, a tym samym do końca naszej relacji.
Podsumowując: 27.08 – 23.09, ponad 5000km w kołach, spalanie ~9l, 0 (słownie zero) awarii!
W następnych wpisach dokończymy sezon 2024!
