Basiowy EuroTrip’24 cz.2

Poprzedni wpis zaczęliśmy od stwierdzenia „spontanu tu było mało, a przygotowań cała masa” i tak rzeczywiście było. Adaś jest mistrzem planowania wakacji (ma to po Tacie 😛 ), ale dusza karawaningowca nie pozwala trzymać się planu sztywno. Poniżej widzicie mapę POI (Berlin był osobno), podobnie wyglądała ta część z ew. miejscówkami noclegowymi.

Screenshot

Skoro już znacie nasz plan na wyjazd, to przypomnimy, że jest poranek 3 września, właśnie minął nam pierwszy tydzień EuroTripu, a my dopiero wyjeżdżamy z Düsseldorf’u. No i tu pojawia się pierwsza zmiana planu. Mieliśmy w drodze do miejsca docelowego zaraz za granicą Holandii obejrzeć 2 fajne zamki, ale Anulka stwierdziła, że po tym aktywnym okresie (w mega upałach) potrzebujemy więcej wypoczynku.

Przez to miejsce docelowe stało się pierwszym przystankiem w tym dniu. Tak, to karawaningowa Ikea – Obelink. Można powiedzieć, że nie spodziewaliśmy się tylu podobieństw do szwedzkiego wzoru, organizacja, ekspozycja i rozmiary są łudząco podobne.

Ekspozycja jest piętrowa, podzielona na bloki tematyczne. Podążasz wyznaczonymi ścieżkami, aż do kas, po drodze mijając restaurację czy bawialnię dla dzieci. Na wejściu wita Was przepiękna klasyczna ekspozycja:

Co prawda, z uwagi na granice ładowności naszego zestawu, nie nastawialiśmy się na wielkie zakupy, ale jednak coś tam wypatrzyliśmy i nabyliśmy 🙂 Dalej popędziliśmy na zachód i pomimo tego, że plan zakładał w dalszej kolejności nocleg pod Amsterdamem, to w trakcie obiadu przeplanowaliśmy wszystko i wylądowaliśmy finalnie w Hadze.

Chcieliśmy się zatrzymać w fajnym miejscu na dłużej i założyć bazę wypadową na kolejne dni. Roompot Kijkduin można śmiało nazwać miasteczkiem kempingowym. Niestety nikomu nie polecimy tego miejsca – pobyt tu kosztował nas ogrom nerwów i w niczym nie przypominał ***** jakości. Tej sprawie moglibyśmy poświęcić zupełnie osobny wpis, ale staramy się pamiętać tylko pozytywy, więc poniżej już zdjęcie z wycieczki na plażę kolejnego dnia.

Jeśli twierdzicie, że w Dębkach jest szeroka plaża, to warto odwiedzić to miejsce – plaże morza Północnego. Przeprawa z wózkiem od wejścia do brzegu (i to jeszcze w trakcie odpływu) dała nam na prawdę w kość ;-P

Wygrzewać się w słonku mogliśmy jedynie w miejscu osłoniętym od wiatru, więc zdecydowaliśmy się na odpoczynek i małą przegryzkę w lokalnym beachbarze.

Pogoda była idealna na zwiedzanie, więc wróciliśmy szybciutko po auto i pojechaliśmy do centrum Hagi.

Obowiązkowym przystankiem był Trybunał Sprawiedliwości, ale nie mogliśmy sobie odpuścić spaceru po starym mieście.

Oczywiście nie zamęczymy Was wszystkimi zdjęciami jakie przywieźliśmy (a jest ich kilka GB), więc w telegraficznym skrócie byliśmy totalnie zauroczeni klimatem jakim przywitała nas Haga. Wieczór postanowiliśmy spędzić na promenadzie, przy promieniach zachodzącego słońca.

To nie Grand w Sopocie, ale łudząco podobny co? 😛 Nasze zwiedzanie to oprócz zabytków również kuchnia – zawsze staramy się korzystać z lokalnej gastronomii. A co najlepszego mają nad morzem?

Ostatnio „VIBE” jest bardzo modnym słowem, ale na pewno tego zabrakło na poprzednim kempingu, więc kolejnego poranka zmieniliśmy miejscówkę na o wiele bardziej kameralną. Molecaten Park Waterbos to kolejne miejsce wyszukane na mapie ACSI – jeśli chcecie podróżować po Europie mega tanio poza najwyższym sezonem, to nie ma się nad czym zastanawiać – koszt zakupu subskrypcji zwraca się po pierwszych kilku noclegach!

0bc7a784-be7d-4435-982d-6bd95a8b7593-1

Cepka na miejscu, śniadanie zjedzone, więc ruszamy na podbój Rotterdamu i okolic. Tu znów kolejne zaskoczenia, niesamowicie rozbudowana sieć drogowa w okolicy (pełna tuneli i mostów) pozwoliła nam przemieszczać się mega sprawnie, a rozmiary największego w Europie portu morskiego przekroczyły jakiekolwiek wyobrażenia.

Powyższe zdjecie zupełnie tego nie oddaje, ale okazało się, że zwiedzanie jest możliwe jedynie z okien samochodu i wielopasmowych dróg szybkiego ruchu. Nie tracąc czasu ruszyliśmy do Delft. Oczywiście celem miało być zwiedzanie jednego z największych gotyckich zabytków Holandii – Oude Kerk.

Na takich wyjazdach nie da się sprawdzić wszystkiego i czasem zdarzają się niespodzianki takie jak tu. Adaś uwielbia znajdować miejsca do parkowania najbliżej atrakcji, szczególnie gdy czas nas goni. Tu zrobiliśmy kilka rundek wokół kanału, żeby znaleźć najciaśniejsze z możliwych miejsce, w którym zmieści się nasze Passeratti, ale tu cyk, nie ma lipy przy parkowaniu bo będzie mokro. Adaś zadowolony poleciał do parkomatu i zonk – tu trzeba płacić z góry za cały dzień i to jedyne 50€. Do Holandii na pewno jeszcze wrócimy, więc tym razem odpuściliśmy tę atrakcję 🙂

Rotterdam jest na tyle rozległy, że część z jego atrakcji również oglądaliśmy z okien samochodu – niestety czasu na wszystko nie starcza. Na szczęście w samym centrum troszkę udało nam się pospacerować.

Jedno jest pewne, Królestwo Niderlandów powinno być światową stolicą cyklingu. Piesi na pasach w PL to pikuś, tam rowery są wszędzie i to w ilości mrówek w mrowisku. W trakcie jazdy autem, szczególnie w miastach, kark boli od obserwacji otoczenia.

Na zdjęciu taki malutki (jak na warunki NL) parking rowerowy pod stacją metra. Kolejną z atrakcji, którą zostawiliśmy sobie „na później” to najsłynnieszy skansen wiatraków – Zaanse Schans, ale to nie znaczy, że na zachętę nie podjechaliśmy zobaczyć go na żywo.

Kolejny dzień to już wycieczka do Amsterdamu. A jak stolica NL to oczywiście wszechobecne kanały, a te zwiedza się najlepiej z barek turystycznych – z czego my również skorzystaliśmy. Co ciekawe, przewodniki audio są dostępne w naszym ojczystym języku! Naprawdę warto.

img_7139

Dalej już pieszo, zwiedzaliśmy tak jak lubimy najbardziej.

Znaleźliśmy też moment aby zajrzeć do dzielnicy czerwonych latarni. Dobrze, że jeszcze nie musieliśmy Hubasiowi tłumaczyć gdzie jesteśmy 😛

Adaś zupełnie przypadkiem tak ułożył trasę, że znaleźliśmy się w dobrze znanym miejscu – Muzeum Heineken Experience

Nie mogliśmy odpuścić sobie kufelka złocistego napoju 🙂 Niestety zwiedzanie Stolicy NL musieliśmy zakończyć przedwcześnie, ponieważ zerwała się taka ulewa, że ledwo wróciliśmy na camping. Wtedy jeszcze kompletnie z niczym tego nie wiązaliśmy.

Kolejnego poranka ruszyliśmy w kierunku Belgii, najbardziej urokliwą trasą (dość długą czasowo), ale widoki zrekompensowały nam wszystko. Jechaliśmy najbliżej wybrzeża jak się dało, więc ilość mostów jaką pokonaliśmy była niezliczona, dodatkowo akurat trafiliśmy na „dzień bez opłat” w Westerscheldetunnel.

Udało się zrealizować plan i dojechać na Camping Kindervreugde. Bardzo nam zależało, żeby zjechać na samo południe wybrzeża belgijskiego w kontekście zwiedzania Dunkierki.

Odwiedziliśmy Muzeum operacji DYNAMO oraz zeszliśmy na tę słynną plażę…

… niestety potencjał turystyczny tego miasta jest zupełnie niewykorzystany 🙁 ale dla poprawy humoru w trakcie naszego spaceru zauważyliśmy taki „absurd” – przyjrzyjcie się co jest napisane na znaku 😀

Po ciężkim i aktywnym dniu udało nam się znaleźć wspaniałą restaurację z rybami i owocami morza – Les Oyats – polecamy każdemu. Co ciekawe mają praktycznie zawsze komplet (przyjmują tylko z rezerwacjami), ale tego wieczoru akurat był wolny stolik 🙂

Po dniu odpoczynku na kempingu (niestety spowodowanym ulewnym deszczem), ruszyliśmy w stronę stolicy Belgii, po drodze zatrzymując się w urokliwej Brugii. Jak widzicie, po osłonie na wózek – pogoda też była w kratkę, choć znaleźliśmy czas na spacer jeszcze w krótkim rękawku.

Tu musimy się przyznać do jednego przeoczenia w planowaniu – SCT – strefy czystego transportu… Adaś zapomniał o tym przed urlopem i w trakcie jego trwania na szybko staraliśmy się nadrabiać, aby móc z Hubasiem stanąć jednak na tyle blisko starego miasta, jak to tylko możliwe (pamiętajcie też, że mieliśmy budkę na haku, co parkowania nie ułatwia.)

Belgia czekoladą stoi, więc nie mogliśmy się oprzeć, żeby kilka razy nie spróbować takich frykasów. Drugą z ciekawostek w Brugii jest to, że szukając miejsca do parkowania z budą trafiacie na ogromny zautomatyzowany parking graniczący z camperparkiem. Na szczęście przy wjeździe na parking miły pan z obsługi poinformował nas, że z przyczepą kempingową nie możemy tu wjechać, bo szlaban zamknie się za samochodem (chyba po to tam go postawili), za to my nie chcieliśmy wjeżdżać i płacić za całą dobę na camperparku, skoro będziemy tu 2-3h i lecimy dalej. Co ciekawe, ten sam pan, widząc nasze zdezorientowanie, nie dość że wskazał nam wygodne DARMOWE miejsce do parkowania, to jeszcze pomógł nam wycofać zestawem na drogę, abyśmy bezpiecznie mogli włączyć się do ruchu!

I tak, w strugach deszczu, trafiliśmy na mega podmokły Camping Druivenland – najbliżej Brukseli jak się tylko dało.

Takim sposobem, w telegraficznym skrócie, opowiedzieliśmy Wam o drugim tygodniu naszej podróży. Mamy nadzieję, że ten dość długi wpis był dla Was ciekawy i już teraz zapraszamy na kolejną część za kilka dni.

You May Also Like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *