Basiowy EuroTrip’24 cz.1

Jakby ktoś nam powiedział, jeszcze rok temu, że wyjedziemy na miesiąc w Europę, hmmm… a jednak – marzenia są od tego, żeby je spełniać. Mając na uwadze naszego najmłodszego pasażera, spontanu tu było mało, a przygotowań cała masa, ale się udało!

Ruszyliśmy wczesnym rankiem 27 sierpnia 2024 roku, mając przed sobą pierwszą w życiu Hubasia tak długą trasę, bo cel dojazdu to Berlin. Na szczęście nasz Podróżnik smacznie śpiocha w podróży, a gdy nie śpi, to na prawdę jest spokojny. Z uwagi na jego komfort zaplanowaliśmy dłuższe przerwy przynajmniej raz na 3h jazdy, tak żeby oprócz karmienia miał czas na rozprostowanie. Podróż z takim bobasem z przyczepą to istne zbawienie dla rodziców!

Dojechaliśmy nawet wcześniej niż planowaliśmy, więc spokojnie odpoczęliśmy po podróży i już od kolejnego poranka zwiedzaliśmy najważniejsze atrakcje stolicy Niemiec. Na zdjęciu wyżej jesteśmy pod pozostałościami muru berlińskiego, a poniżej już pod wieżą telewizyjną.

img_6921

Całe zwiedzanie Berlina ogarnęliśmy metrem, co za każdym razem dostarczało Hubasiowi wiele atrakcji. Po całym mieście porozstawiane są takie miśki, które dzieci okupują – fajnie 🙂

Pomimo żaru lejącego się z nieba (temperatura dochodziła do 30′ w cieniu) Hubert bardzo dzielnie zwiedzał z nami okolice. Na szczęście mamy obszerną spacerówkę i dodatkowe osłony, więc Młodemu raczej za gorąco nie było, ponadto regularnie schodziliśmy do metra, więc było się kiedy spokojnie schłodzić.

Na naszej trasie nie mogło zabraknąć Bramy Brandenburskiej oraz słynnego CheckPoint’u Charlie. A ponieważ kolejnego dnia mieliśmy następny bardzo długi przelot, to wycieczka zakończyła się dość wcześnie, aby nabrać sił na dzień kolejny.

Wczesnym porankiem 29 sierpnia ruszyliśmy w stronę Düsseldorf’u, ale od samego rana upał nie odpuszczał. Ta część podróży nie należała do najprzyjemniejszych… bardzo duży ruch, korki, objazdy, roboty, a zestawem nie pogonisz…

No właśnie „zestaw”… pisaliśmy wcześniej, że bardzo dokładnie szykowaliśmy się do tej podróży. Ponieważ jechaliśmy na limicie DMC przyczepy, to baaaardzo dokładnie dobieraliśmy rzeczy, które z nami pojechały, a później dokładnie rozmieszczaliśmy ciężar pomiędzy samochodem i przyczepą, a także rozłożenie w całej przyczepie. Ktoś może się śmiać, że to niepotrzebne itp., ale my mieliśmy spokojną głowę, a zestaw prowadził się bardzo pewnie.

Następnego poranka kolejny nowy środek transportu dla naszego Synka – autobus. Tu autobus wiózł nas z parkingu na hale targowe…

TAAAAK, kolejne karawaningowe marzenie zrealizowane – jesteśmy na CARAVAN SALON Düsseldorf. Mnóstwo obsługi, mapy hal, ten obiekt naprawdę robi wrażenie, a organizacyjnie prawie tak fajnie jak w Poznaniu 😉

Uderz w stół… no właśnie, przyczepami i kamperami nie będziemy Was tu zanudzać (choć było na czym oko zawiesić w 17 halach wystawienniczych), ale skupmy się na Polskim wątku! Tak czuliśmy się tu jak w domu, co chwilę spotykaliśmy znajomych 😀 np. tu wyżej na stoisku Yolco, gdy tam się pojawiliśmy, Łukasz gościł już przedstawicieli MTP – Darka, Miłosza i Michała.

Polskich wystawców było bardzo wielu! Tu gościmy u Piotra z Camper4Mountain, z którym prywatnie bardzo się lubimy, a i zawodowo Adasiowi jest z Piotrem po drodze. A skoro już przy pracy jesteśmy, to ta część wyjazdu była dla Adasia jednak częścią jego pracy. 4 dni rozmów, spotkań, negocjacji… fajnie łączyć pasję z pracą, ale jednak wieczorami byliśmy wykończeni.

O Pawle (i Manueli) z CaliforniaShop już pisaliśmy nie raz. Paweł tym razem jako odwiedzający, tak jak my, ale fajnie się było zobaczyć na „obczyźnie”. Podobnie jak z pozostałymi przedstawicielami branży, z którymi zapomnieliśmy cyknąć pamiątkowej fotki.

Spotkaliśmy również przedstawicieli polskich mediów karawaningowych – tu na zdjęciu Bartek i Piotrek z Polskiego Caravaningu. Pod przyczepą na P1 odwiedził nas też Piotr (Szeryf) z Camprest, ale tu zdjęć brak 😉 A ponadto wielu blogerów, youtuberów, a także zwykłych „szarych” karawaningowców również uściskaliśmy. Na prawdę, język polski słychać tam na każdym kroku!

No właśnie, P1! To największy zlot karawaningowy na jakim byliśmy… SETKI najróżniejszych pojazdów, tysiące metrów zajęte tylko karawaningowcami i ich sprzętem, a oprócz tego prawie taki sam duży parking dla osobówek – no i wszystko zajęte! Od rana pojazdy masowo wyjeżdżają, a po południu przyjeżdżają w to miejsce kolejni! My mieliśmy to szczęście, że staliśmy na trawie (dużo miejsc jest na asfalcie), ale już w sektorze „na dziko” (tylko na początku parkingu jest dostęp do prądu, dodatkowo płatny).

Niespodziankę za to mieliśmy w nocy… zmienił się wiatr i samoloty idealnie lądowały nam nad głowami co kilka minut. Ale fajnie było wiedzieć, że mieliśmy jedyną taką przyczepę pośród tak wielu sprzętów! Co ciekawe, nasz N-Cross MAX budził niemałe zainteresowanie naszych zachodnich sąsiadów!

Za to na nikim nie robił wrażenia (w przeciwieństwie do PL) kolejny wjeżdżający liner od Morelo, Concorde czy innych superluksusowych marek. Tu uwaga, te osobówki na środku wyjechały z garaży tych autobusów!

Na ekspozycji mieliśmy przyjemność zapoznać się z nowościami w takich linerach. Ciekło luksusem z każdej strony, ale to na pewno jeszcze nie nasza bajka. Niemniej zainteresowanych zakupem było chyba najwięcej przy biurkach właśnie tych luksusowych marek!

Pomimo tego, że to nie nasza bajka, to różnorodność pojazdów wyprawowych na halach targowych i na zlocie robiła prawdziwe wrażenie! Tu niestraszne Ci żadne warunki!

Tak dobrze widzicie, ekspozycja była bardzo „bogata”, a wystawcy prześcigali się w pomysłach jak przyciągnąć wzrok Klientów na swoje stoisko!

A co można zjeść w Niemczech na szybko, jaki mają charakterystyczny streetfood? Oczywiście currywurst! Nie mogliśmy się oprzeć. Na szczęście oferta gastronomiczna była bardzo bogata i w przerwach między spotkaniami mogliśmy przękąsić też inne specjały!

Wniosek jest taki: 4 dni to na pewno za mało, żeby ze spokojem obejść tak ogromną ekspozycję. Tym bardziej jeśli odchodzi nam czas na spotkania handlowe. Polecamy każdemu, komu ta pasja weszła na grubo w głowę! Wrócić na pewno kiedyś wrócimy, bo nawet nie wiemy kiedy nam minął ten czas!

Część zawodowa wykonana i zakończona – kończymy workation, a teraz już tylko vacation! Gdzie dalej nas poniosło? Śledźcie, szczegóły niedługo!

You May Also Like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *