Czas na opowieść o pierwszym dłuższym wyjeździe Hubasia. Dla Młodego kolejne przeżycia do kolekcji, dla Ani pełna logistyka, bo jednak cały dom musi być w przyczepie i to na każdą ewentualność, a dla Adasia to po prostu kolejne workation – bo od pracy uwolnić się nie mógł.

Standardowo, jak to w piątek wieczór – wyjazd, późno, ale mamy nie tak daleko, bo śmigamy do Kaniowa (okolice Dębu Bartek). Na Park4Night Adaś znalazł camperpark (stajemy tylko na nockę, bo rano ruszamy dalej) i … nie pykło 🙁 Przyjechaliśmy na płatny WakePark Kaniów, który wykorzystuje aspekt mało rozpromowanego gminnego darmowego camperparku (sąsiedztwo może 300m, ale my po ciemku nie trafiliśmy w to odpowiednie miejsce, bo jest źle oznakowane na mapach). Brawo Gmina Zagnańsk za infrastrukturę CamperSystem, ale minusik za brak klarownej informacji. Dla potomnych – na obrazku niebieska pinezka „parking przy scenie” to błędna lokalizacja, na żółto trochę wyżej znaznaczyliśmy teren darmowego camperparku!

Sobotni poranek to szybka zmiana lokalizacji, stajemy na parkingu Kadzielnia (dość drogo) i lecimy na zwiedzanie Kielc! Pierwszy przystanek po spacerze na Rynek to oczywiście obiad – w miejscu poleconym przez naszych Przyjaciół Mianków (pozdrawiamy!) – Restaurante Si Senor Kozia – ta hiszpańska kuchnia nas zauroczyła!

I to prawda, winne imieniny to tak naprawdę Pierwszy Rodzinny HubTrip, bo jedziemy razem ze wszystkimi Dziadkami!


Żar lał się z nieba niemiłosierny, więc starczyło nam energii na dłuuugi spacer na rynek, obiad i powrót na Kadzielnię, bo w tym wybrukowanym mieście nie dało się wytrzymać! Na zdjęciach pierwsze testy osłony słonecznej na karocę Hubasia, którą bardzo celnie upolowała Ania na którymś z wschodnich portali aukcyjnych.

Popołudniem zjechaliśmy na Pole Biwakowe w Św. Katarzynie, sielsko, mało ludzi, słaba infrastruktura, ale nic nam więcej do szczęścia nie potrzeba – bo mamy wszystko swoje! Jedyny minusik, to przez teren ŚPN, trochę drogo…

Wieczorem cała Rodzina razem przy jednym stole 🙂 omawialiśmy plany na kolejne dni. Lokalizacja postoju nieprzypadkowa, bo Dziadkowie kolejnego dnia ruszyli na podbój Łysicy, a my z racji wytycznych ŚPN zostaliśmy na dole, bo szlaki nie są dostępne dla zwiedzających z psem.

HubTrip miał 2 obozy, Babcie z Anią głównie nadskakiwały nad Hubasiem, a wieczorami Dziadkowie z Pakusiem i Adasiem oddawali się sportowym emocjom, bo jednak to czas Euro2024

Kolejny dzień to znów zmiana miejscówki, połączona oczywiście ze zwiedzaniem. Tym razem coś dla ciała i duszy – degustacja Serów od Dziedzica (ojca Marcelego z Winnicy Sandomierskiej) połączona ze zwiedzaniem serowarni.

Rodzice oczywiście zwiedzali dużo więcej niż my, ale to nie znaczy, że się nudziliśmy. Po prostu nasze urlopy z Pakusiem, a teraz i z Hubasiem wyglądają troszkę inaczej. Górne i dolne zdjęcie to pamiątki z Opatowa, gdzie jedliśmy wspólny obiad.

Niestety Opatów nie jest miejscowością przyjazną karawaningowcom. Kompletny brak parkingu, do zatrzymania kampera, a co dopiero zestawu… Dzwoniliśmy na Policję, żeby zapytać co mamy zrobić, to nas odesłali, o zgrozo, na parking Lidla….

Ale od wieczora w końcu znaleźliśmy się na bardzo klimatycznym camperparku, który uwielbiamy! Po powyższym zdjęciu większość z Was już pewnie wie, że chodzi o Winnicę Sandomierską! Monika, Marceli (pozdrawiamy!) u Was zawsze jest tak wspaniale, czuje się pasję od tego miejsca! Jak widać ze zdjęcia dołączyli do nas znajomi (też N-Cross MAXem) – Marysiu, Grzesiu pozdrawiamy!

Winne bo spędzamy je na Winnicy, a imieniny bo obie Babcie Elżbiety świętują właśnie w czerwcu! A sam pomysł był pokłosiem prezentów bożonarodzeniowych dla Dziadków, bo dostali taki sam prezent – voucher na zwiedzanie Winnicy, który Monika przepięknie zapakowała w skrzyneczkę z winem i kawałkiem sera!

My już raz winnicę zwiedzaliśmy, ale z Moniką. Teraz mieliśmy przyjemność z Marcelim i ciężko nam wybrać, który z „przewodników” podobał nam się bardziej! W trakcie cudownych opowieści Gospodarza, Hubaś rozwijał nową umiejętność „trzymanie”, którą odkrył tego samego dnia rano!

Dla Adasia wizyta w winnicy to dodatkowo okazja do uzupełnienia zapasów polskiej wyśmienitej Whisky Sandomierskiej (oryginalna szkocka leżakująca w beczkach po winie sandomierskim). Długo myszkował po składach z beczkami, niestety wszystko rozlane do butelek 😛 Nie pozostało mu nic innego, jak kupić karton i uzupełnić domowe zapasy!

Wieczorem po degustacji oczywiście kontynuowaliśmy świętowanie Imienin w baaardzo rodzinnym gronie! Moniko, Marceli – przeogromnie dziękujemy za tak ciepłe i rodzinne przyjęcie – widzimy się jesienią na zlocie!

Przy tej okazji warto wspomnieć, że to nie pierwszy wspólny wyjazd Dziadków Hubasia. Pakują się dziarsko w jedno auto i ruszają przed siebie! SUPER! Na powyższym zdjęciu Kona Rodziców Adasia zaparkowana pod apartamentami na winnicy. Na dole mieszkają właściciele, a na górze goście! POLECAMY!

Ponieważ Adasiowi udało się wydłużyć pracę zdalną, to na kolejną destynację obraliśmy sobie Kazimierz Dolny! Wyjątkowo (żeby z Hubasiem być bliżej Rodziców) zatrzymaliśmy się na Camping PORT. Wyjątkowo, bo tu nie przyjmują załóg z psami… dlatego na czas pobytu w Kazimierzu, Dziadkowie dostali Pakusia pod opiekę.

Zalety były 2, w tak upalne dni mieliśmy trochę wiatru od Wisły oraz niesamowite widoki spod przyczepy. Reszta to same minusy, dlatego my normalnie zatrzymujemy się na Camping Spichlerz, ale wiemy, że Camping Pielaka zbiera równie dobre opinie!

Powiemy Wam, że fajowo było spędzić tyle czasu razem! Uwielbiamy wspólne spacery, serio, nam nie potrzeba zabytków… wystarczą tylko piękne krajobrazy, dlatego też tak lubimy wracać do Kazimierza!

Oczywiście super upalny dzień zakończył się całkiem pokaźną burzą! Ale dla Hubaśka to idealny moment na drzemkę, bo tak fajnie szumi ta woda o tę przyczepę!

Na tym wyjeździe my również ogromnie wypoczęliśmy, bo cały czas mieliśmy wsparcie Dziadków w opiece nad Hubasiem czy Pakusiem! Na wielu wcześniejszych zdjęciach, jak na tych nad i pod widać to doskonale! Naprawdę mamy wspaniałych Rodziców, a Hubaś Dziadków!

Nasze urlopy to również przepyszne kulinarnie miejsca! Jednym z naszych zachwytów w Kazimierzu musimy się podzielić – to Stara Łaznia – musicie spróbować!

W drodze powrotnej do Łodzi zajechaliśmy oczywiście do Pałacu Czartoryskich w Puławach, ponieważ w zeszłym roku odwiedziny tego miejsca pokrzyżował nam srogi deszcz. Częścią ekspozycji jest też przepiękny ogród, ale żar lejący się z nieba i kolejny dzień atrakcji sprawił, że Pakusia już też musieliśmy wozić w wózku.

Dla karawaningowców dodamy tylko, ze na tyłach pałacu jest parking, na którym zawsze jest miejsce dla „dużych”!
i to by było na tyle! Nie śpicie jeszcze? to pamiętajcie zaobserwować Fb i Insta, żeby kolejne wpisy Was nie ominęły!
